Beskidzki klasyk z dziećmi.

Opublikowano przez

(Nie)zwykły nie(dzielny) spacer.

Mhh…., ta bliskość gór robi na nas wrażenie, cały czas na tym Górnym Śląski czujemy się jeszcze jakby trochę na wakacjach. No bo jak to tak, wstać, zjeść śniadanie, wskoczyć do auta i po 50 minutach siedzieć na krzesełkach wyciągu na Czantorię. To się nam jeszcze w głownie nie mieści.

Planowaliśmy klasyczny spacer na Niedzielę czyli trasa z Czantorii na Stożek i zejście do Wisły Głębce na dworzec PKP, powrót pociągiem do Ustronia po auto i hop na kolację do domu.

mapa

Trasa jak widać łatwa, lekka i przyjemna, na Czantorię można dostać się na leniucha, wyciągiem, podejścia są łagodne jak to w Beskidzie Śląskim, ale co najważniejsze jeżeli tak jak my wybierzecie się wcześnie rano to macie gwarancję spokoju i luzu na szlaku.

Zejście z Czantorii do Soszowa do dobra rozgrzewka i czas na pogawędkę i snucie planów co tam dzisiaj jeszcze. Na Soszowie nie polecamy PTTK’owskiego schroniska, niestety nie pierwszy raz zauważyliśmy, że brak wody w toaletach i niezbyt dobrze pachnące jedzenie nie zachęca turystów do skorzystania z „dobrodziejstw” tego przybytku. Jak sporo innych osób udaliśmy się zatem do całkiem przyjemnego i czystego barku przy górnej stacji wyciągu na Soszów. Obsługa nie miała nic przeciwko temu, że zamówiliśmy tylko napoje i jabłecznik a naszym głównym posiłkiem na drugie śniadanie był własny prowiant.

Posiłek na Soszowie się przydał, gdyż do następnego punktu naszej wycieczki czyli na Cieślar trzeba trochę podreptać pod górę. Pełni energii ruszyliśmy ostro ale szybko zatrzymały nas wspaniałości lasu, obok jagód, malin i leśnych poziomek nie potrafimy przejść obojętnie.

A że nie to Niedziela, pośpiechu nie ma i do tego brzuchy pełne to jak tu nie  poleżeć plackiem na hali.

DSC_8948 (2)

Leżenie, leżeniem, fajnie było ale z oddali zaczęły dobiegać niepokojące głosy, od południa niebo pokryło się sinym kolorem i wkrótce trafiły nas pierwsze krople deszczu.

Nie od dziś wiadomo, że pogoda w górach potrafi zmienić się w moment, więc te luźne kropelki zamieniły się dość szybko w burzę z gradem, już widzieliśmy schronisko na Stożku gdy spadła na nas taka ściana wody, że już w sumie nie było sensu się spieszyć. Schronisko przy takiej pogodzie pękało w szwach, woda lała się na stoliki z przeciekającego dachu, kuchnia dwoiła się troiła aby zdążyć z podawaniem, żurków, kwaśnic, schabowych. Nie trwało długo jak zaraz ktoś z turystów wyciągnął równie mokrą jak wszystko inne gitarę i dało się słyszeć „Majstra Biedę”, „Hej Sokoły”, „Morskie Opowieści”, „Piwa Dajcie” i inne harcersko turystyczne szlagiery, prawdziwy klimat schroniskowy.

Gdy gitara ucichła zaczęło się wypatrywanie końca deszczu, niestety końca deszczu nie  było i nie zapowiadało się aby gdzieś ten koniec się majaczył na horyzoncie, ruszyliśmy więc zielonym szlakiem na dworzec PKP Wisła Głębce. W rekordowym tempie jak naszą rodzinkę pokonaliśmy to zejście, … a woda była wszędzie, nawet w pociągu którym z zabawną ekipą konduktorską dotarliśmy do Ustronia.

I tak oto zwykły Niedzielny spacer stał się fajną przygodą z atrakcjami i czymś co będziemy na pewno nie raz wspominać, … dlatego właśnie wybrać się na ten „Beskidzki Niedzielny Klasyk Spacerowy”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s